Europejski sektor motoryzacyjny od lat funkcjonuje pod presją coraz bardziej restrykcyjnych regulacji, które miały jeden cel – całkowitą eliminację silnika spalinowego. Grudniowa decyzja Komisji Europejskiej o wycofaniu się z planu 100-procentowej zeroemisyjności od 2035 roku stanowi jednak przełom. Być może po wielu latach w Brukseli górę nad ideologią zaczyna brać ekonomiczny pragmatyzm.
Koniec iluzji o jednej słusznej technologii?
Nowa unijna propozycja zakłada, że producenci samochodów będą zobowiązani do redukcji emisji spalin o 90 proc., a nie jak wcześniej zakładano o 100 proc. To wciąż dużo, ale pojawia się margines 10 proc., który może być zagospodarowany poprzez wykorzystanie e-paliw, biopaliw oraz niskoemisyjnej stali.
Ruch ten daje nadzieję na to, że być może w przyszłości pojawią się kolejne zmiany, które poprawią konkurencyjność Starego Kontynentu. Oparcie przyszłości wyłącznie na pojazdach elektrycznych (EV) stwarzało ryzyko uzależnienia Europy od dostaw surowców i baterii z Azji.
Jak słusznie zauważa w swojej analizie Łukasz Osiński z PAP, sektor motoryzacyjny przechodzi obecnie bolesną transformację od mechaniki do elektroniki, co wymaga wielu inwestycji, a w połączeniu z wysokimi cenami energii w UE czyni produkcję aut elektrycznych dość kosztowną.
Ochrona miejsc pracy przed chińską ekspansją
Decyzja o poluzowaniu przepisów nie zapadła w próżni. Jest to bezpośrednia reakcja na pogarszającą się kondycję europejskich koncernów. Agresywna ekspansja chińskich producentów, oferujących tańsze pojazdy elektryczne, oraz protekcjonistyczna polityka USA (w tym nowe cła administracji Donalda Trumpa) postawiły unijny przemysł pod ścianą.
Forsowanie na siłę pełnej elektryfikacji doprowadziło do fali zwolnień. Z danych przytoczonych przez dziennikarza PAP wynika, że tylko w 2024 roku i na początku 2025 europejskie firmy zwolniły prawie 100 tys. pracowników. Utrzymanie takiego kursu groziłoby dalszą deindustrializacją.
Ślepy zaułek elektromobilności
Wycofanie się z radykalnego zakazu to przyznanie, że transformacja nie może odbywać się wbrew rynkowym realiom. Choć organizacje ekologiczne nadal postulują konieczność pełnego przejścia na EV, twarde dane pokazują, że Europa nie jest na to gotowa ani surowcowo, ani energetycznie.
Produkcja samochodu elektrycznego wymaga mniej pracy montażowej, ale jest znacznie bardziej zależna od globalnych łańcuchów dostaw kontrolowanych przez Chiny. „Ucieczka do przodu” w kierunku samej elektromobilności, bez zabezpieczenia własnego przemysłu i bazy surowcowej, była strategią ryzykowną. Nowe regulacje, dopuszczające współistnienie różnych napędów, dają szansę na ewolucyjną zmianę, a nie rewolucję, która mogłaby źle się skończyć dla europejskiej motoryzacji.
Jeśli nowy unijny kurs zostanie rzeczywiście utrzymany, a nawet jeszcze bardziej skorygowany w stronę naturalnej, zrównoważonej transformacji motoryzacyjnej, zamiast siłowej redefinicji rynku, Europa ma jeszcze szansę obronić swoją pozycję technologiczną, nie oddając rynku walkowerem azjatyckim konkurentom.
Źródło: PAP