Niemiecka gospodarka, przez dekady stawiana za wzór, zaczyna pękać w szwach. Najnowszy raport Federacji Przemysłu Niemieckiego (BDI), organizacji reprezentującej ponad 100 tysięcy firm, nie podbudowuje nastrojów i wskazuje, że RFN traci status przemysłowego serca Europy. Głównym winowajcą są horrendalne koszty energii elektrycznej, które dławią konkurencyjność tamtejszych przedsiębiorstw.
Strukturalny regres zamiast chwilowej zadyszki
Szef BDI, Peter Leibinger, używa mocnych słów, diagnozując stan gospodarki jako „swobodny upadek”. Prognozy na 2025 rok są bezlitosne – produkcja przemysłowa spadnie według niego o 2 proc., co oznacza czwarty z rzędu rok spadków i jest znacznie gorszą prognozą, niż zakładany jeszcze niedawno regres jedynie o 0,5 proc.
– To nie jest tylko chwilowe osłabienie koniunktury, lecz strukturalny regres – podkreśla Leibinger.
Kontrast z resztą świata jest uderzający. Podczas gdy niemiecki przemysł się kurczy, średnia dla Unii Europejskiej zakłada wzrost o 1 proc., a globalna produkcja ma przyspieszyć o 3 proc. Niemcy stają się więc hamulcowym Europy, co z jednej strony rodzi ryzyka dla kooperantów, ale z drugiej – może otwierać pole do ekspansji dla innych graczy.
Ofiary polityki energetycznej
Przyczyn zapaści jest wiele, ale jednych z najpoważniejszych należy szukać w decyzjach politycznych Berlina. Wyłączenie ostatnich elektrowni jądrowych i oparcie systemu na OZE przy jednoczesnym odcięciu od rosyjskiego gazu, wywindowało ceny prądu do poziomów nieakceptowalnych dla biznesu. W 2025 roku niemieckie firmy płaciły piąte najwyższe stawki w całej UE.
Efekty są widoczne gołym okiem. Sektory energochłonne, takie jak odlewnictwo, chemia czy przetwórstwo metali, notują drastyczne spadki (o 5,4 proc. mniej niż w 2021 roku). Dramat przeżywa również branża automotive – w ciągu roku zatrudnienie u dostawców motoryzacyjnych skurczyło się o ponad 11 proc., co oznacza likwidację dziesiątek tysięcy miejsc pracy.
Niemiecka zapaść szansą dla Polski?
Choć recesja u naszego głównego partnera handlowego niesie ze sobą ryzyko turbulencji, w dłuższej perspektywie może okazać się korzystna dla polskiej gospodarki. Kapitał nie lubi próżni, a inwestorzy uciekając z miejsca, gdzie produkcja przestaje się opłacać, mogą zwrócić uwagę na nasz kraj.
Osłabienie konkurencyjności Niemiec sprawia, że Polska – dysponująca wciąż jeszcze niższymi kosztami pracy i bardziej pragmatycznym podejściem do miksu energetycznego może być naturalnym kierunkiem dla relokacji przynajmniej niektórych zakładów przemysłowych.
Autorzy raportu BDI przyznają wprost – „W niemieckiej gospodarce nie sposób dziś odnaleźć ani zaufania, ani optymizmu”. To zaufanie może teraz procentować nad Wisłą, pod warunkiem, że polski rząd wykorzystałby moment słabości zachodniego sąsiada, oferując stabilne warunki dla uciekającego z Niemiec kapitału.
Stagnacja gospodarcza Niemiec to rzecz jasna nie koniec tamtejszego przemysłu, ale długotrwała sytuacja może przyczynić się do jego geograficznej transformacji. Polska ma wiele atutów, by na tym przetasowaniu zyskać, ale warunkiem jest uświadomienie sobie tej szansy i podjęcie aktywnej próby jej wykorzystania, również przy wewnętrznym politycznym wsparciu.